Viktoriia Vitrenko: Pomiędzy światami

Polina Kordovska: Dziś jesteś nie tylko śpiewaczką, dyrygentką czy kuratorką projektów artystycznych, lecz przede wszystkim mamą. Mimo to twój kalendarz na rok 2025 w żadnym razie nie świadczy o twórczej przerwie. Wręcz przeciwnie – liczba zrealizowanych projektów imponuje, a zapowiedzi na twojej stronie internetowej obiecują wiele nowych inicjatyw. Chciałabym przyjrzeć się bliżej niektórym z nich. Zacznijmy od twojego kluczowego projektu Limbo. Zimą tego roku, w lutym, zwieńczyło go nagranie i premiera twojej pierwszej w pełni solowej płyty, na której wystąpiłaś w potrójnym wcieleniu: jako śpiewaczka, autorka idei i pianistka oraz inicjatorka zamówienia większości kompozycji. Czy mogłabyś opowiedzieć historię tego projektu? Z tego, co rozumiem, jego droga była długa, bo rozpoczął się wiosną 2021 roku. Jak się narodził, jak się rozwijał i – co najważniejsze – jak się przeobrażał w czasie, skoro bez wątpienia zmieniał go świat wokół nas?

Viktoriia Vitrenko: Przede wszystkim trzeba sięgnąć do źródła tej idei. Był to czas trzeciej fali pandemii. Nie wiem, jak dokładnie wyglądało to w Ukrainie, ale w Niemczech reżim był niewyobrażalnie surowy. A co oznacza dla śpiewaczki, dla muzyka, życie pozbawione sceny, pozbawione bezpośredniego kontaktu z publicznością? Słuchacze są inspiracją i jej źródłem, dla nich żyjemy, pracujemy i tworzymy.

Był to już drugi rok z rzędu, kiedy moja działalność artystyczna sprowadzała się do minimum. Siedziałam w domu, czując się jakby zamurowana od świata zewnętrznego, od ludzi, od publiczności. Towarzyszyło temu przytłaczające poczucie: życie toczy się dalej, ale Ty w nim nie uczestniczysz.

W tym przygnębiającym okresie, w mieszkaniu, w którym wtedy mieszkałam, moje muzykowanie nie znajdowało zrozumienia u sąsiadów. Muzyka, którą śpiewałam czy grałam, była im obca. Gdy tylko siadałam do fortepianu albo zaczynałam śpiewać, natychmiast pukano w ścianę.

To oczywiście pogłębiało przygnębienie i wpędzało w depresję. Dodatkowo od pół roku moja przyjaciółka, flecistka Maryja Kalesnikawa (z którą założyłyśmy InterAKT Initiative w 2017 roku), przebywała w białoruskim więzieniu z powodu niesprawiedliwych, sfabrykowanych zarzutów. Utożsamiałam swój stan wewnętrzny, to poczucie przymusowej izolacji, z jej fizycznym stanem uwięzienia. W tamtym czasie kontakt z nią był już minimalny; wszystkie listy, które pisałam, nigdy do niej nie dotarły. To stało się drugim źródłem narodzin tej idei. 

A po trzecie: im głębiej zanurzałam się w tych myślach, tym silniejsze było przeczucie, że nad Ukrainę nadciąga wojna. Była to właśnie wiosna 2021 roku; zaczęto już wtedy mówić o możliwości pełnoskalowej inwazji. To przeczucie odegrało kluczową rolę w doborze kompozytorów i w rozmowach o tematyce cyklu. Wojna była pierwszym tematem, którego dotknęłyśmy wspólnie z Ałłą Zahajkewycz i z Iją Kiwą. Bardzo ucieszyło mnie, że Ałła sięgnęła po wiersze Іji, pochodzącej z Doniecka, dla której wojna rozpoczęła się już w 2014 roku.

Jeszcze wcześniej nazwałam projekt Limbo, wychodząc od tej metafizycznej kondycji bycia pomiędzy światami. 

Co ciekawe, Ałła przysłała mi tomik poezji Iji Kiwy, abym zapoznała się z jej twórczością – konkretnie z tekstami, które wybrała kompozytorka. W przedmowie krytyk napisał, że poezja ta pochodzi jakby z limbo. Dla mnie było to uderzające, symboliczne dopasowanie.

Viktoriia Vitrenko, fot. Oliver Röckle

To było dokładnie to, czego ten projekt potrzebował. Pracowałyśmy nad kompozycjami w drugiej połowie 2021 roku. Już 6 lutego 2022 roku zaprezentowałam Limbo jako performans sceniczny na festiwalu muzyki współczesnej ECLAT w Stuttgarcie. A dwa tygodnie później rozpoczęła się pełnoskalowa inwazja.

PK: Co wtedy czułaś?

VV: Emocje były niezwykle silne. Ałła Zahajkewycz zdołała przyjechać do Stuttgartu na premierę, która odbyła się w niedzielę, 6 lutego, a ja już we wtorek miałam lecieć do Ukrainy. I poleciałam.

Doświadczenie na własnej skórze, jak odwoływane są ostatnie loty, bo wszyscy, którzy mogą, opuszczają Ukrainę, miało ogromną siłę oddziaływania. Wtedy zrozumiałam, że ten projekt był absolutnie na czasie. Jakby spoglądał w przyszłość, przeczuwał to, co nieuchronnie miało się wydarzyć. Oczywiście nie wiedziałam wtedy i nie rozumiałam skali tego wpływu – jak długo to wszystko potrwa.

Jeśli chodzi o transformację, o którą pytasz, to oczywiście po przeżyciu pierwotnego szoku, po pierwszej fali, kiedy moja rodzina stała się uchodźcami i przeniosła się do Niemiec (moja mama uciekała po dwóch tygodniach spędzonych w okupacji) – kiedy ten pierwszy stan szoku minął, bardzo wyraźnie zrozumiałam, że z tym projektem trzeba iść dalej. Trzeba go wykonywać, trzeba go śpiewać. Zrealizowałam go już ponad dziesięć razy – scenicznie, koncertowo, kameralnie, fragmentarycznie. I oczywiście już w kwietniu 2022 roku zrozumiałam: trzeba go nagrać. Trzeba go utrwalić.

Natychmiast pojawiło się pytanie: jakie medium wybrać? Wiedziałam na pewno, że chcę nagrać płytę właśnie w Ukrainie. Trzeba było uchwycić ten stan, te odczucia i czas, w którym wszyscy się znajdowaliśmy. To było oczywiste od samego początku.

Drugą ideą było wsparcie ukraińskich realizatorów dźwięku, twórców i wszystkich zaangażowanych w ten proces.Tak narodził się pomysł, by zwrócić się do Sashy Andrusyk. To było kolejne dopasowanie: ona od dawna nosiła w sobie ideę stworzenia labelu. I tak się złożyło, że to ja ją zmotywowałam, popchnęłam do ostatecznego działania.

I znów puzzle zaczęły się układać. Poparłam pomysł Sashy, żeby wybrać nieco przestarzałe medium – płytę winylową – i w ten sposób dotrzeć do nowej publiczności, do innej grupy odbiorców. W sierpniu 2022 roku zabrałam mamę do Niemiec i zostałam w Ukrainie na dwa tygodnie. Nagrywałam materiał pod Kijowem, kursując między Buczą a Irpieniem, jeżdżąc do studia codziennie, w dzień i w nocy. Oczywiście widziałam wszystko, co się tam działo: zniszczenia, zmasakrowane i ostrzelane samochody na poboczach dróg. Myślę, że ten stan wewnętrzny, to poczucie czasu, który w istocie się zatrzymał, udało mi się uchwycić w tym nagraniu.

Nagrywałam materiał dość długo, a montaż także się przeciągał. Była to bardzo żmudna praca. Oczywiście pojawiło się pytanie: jak oddać cały ten przepływ czasu, skoro pięć cykli łącznie trwa godzinę i czterdzieści minut.

Jasne było, że nawet na podwójnym winylu nie da się tego wszystkiego zmieścić. Od razu pojawiło się pytanie: jak dramaturgicznie na nowo zbudować ten projekt w nowym medium, tak aby nie stracił swojego sensu, swojej głębi i ciężaru znaczeniowego. To oczywiście wymagało czasu.

Sam proces produkcyjny odbywał się pomiędzy Ukrainą a Niemcami. Mieliśmy ukraińskiego sound designera – Hermana Safonova, a miks i montaż realizował syryjski artysta medialny z Berlina Rashad Becker. On również bardzo głęboko przejął się tą tematyką, ponieważ temat wojny był mu niezwykle bliski. Dla niego łączył się z pytaniem, jak sztuka może wpływać na doświadczenie szoku, na poczucie rozpaczy. I oczywiście na nadzieję – bo jak w ogóle żyć w tym stanie bez nadziei? Była to bardzo, bardzo żmudna praca, która się przeciągnęła, i kończyliśmy ją przez dwa lata.

Ale wiedzieliśmy, że nie ma znaczenia, kiedy ją zakończymy – to już jest artefakt swojego czasu. Jak prace fotografów dokumentujących epokę. Dla nas, muzyków, to również obowiązek: dokumentować ten czas i te odczucia, które przeżywamy, w których żyjemy.

PK: Czy postrzegasz album jako swego rodzaju muzyczną stenografię naszych czasów?

VV: Tak. To muzyczna dokumentacja, muzyczny artefakt właśnie tego okresu. Wykonywałam Limbo zarówno jako performans sceniczny, jak i jako muzykę kameralną bez scenografii. Postawiłyśmy sobie pytanie: dobrze, a jak przenieść ten projekt, to odczucie, do innego, zupełnie nowego wymiaru? Poeksperymentować z innym medium? I oczywiście była to sztuka wideo.

W ten sposób narodziła się idea spin-offu: przenieść ten metafizyczny stan do przestrzeni cyfrowej, technologicznej. Sasha poleciła mi również studio Radar (Радар). Udało mi się, będąc jeszcze w Ukrainie, zrealizować performans, który potem zmontowaliśmy, stworzyć motion design. To eksperymentalny wideo art.

Tak powstała 50-minutowa audiowizualna instalacja, którą niedawno zaprezentowałam w Kijowie, dwa tygodnie przed narodzinami mojego dziecka. Instalację poprzedziła moja przedmowa, w której opowiadałam, jak, dlaczego i po co Limbo powstał oraz co symbolizuje. Dla mnie ten projekt jest eksperymentem z ideą: czy muzykę, a raczej idee muzyczno-tekstowe (bo mówimy o pieśniach), można przenieść do innych wymiarów, do innych mediów, i jak one będą ze sobą współdziałać.

Wydaje mi się, że takie eksperymenty, które przeprowadziłam, tworząc dwie „dziecięce” idee z audiowizualną instalacją, działają. I jest to dla mnie mocny dowód na to, jak współczesna muzyka eksperymentalna w połączeniu z tekstem, z poezją, może istnieć w zupełnie różnych postaciach.Opieram się na tym i jest to dla mnie teraz bardzo żywy fakt. 

Co więcej, śpiewając dziś te utwory na koncertach dla bardzo różnej publiczności, utwierdzam się w przekonaniu, że właśnie ta muzyka działa absolutnie na wszystkich. Porusza serca i umysły tych, którzy przychodzą na koncerty. Nigdy jeszcze nie otrzymałam informacji zwrotnej, że ktoś pozostał obojętny, że do kogoś to nie dotarło albo że ktoś nie potrafił tego przyjąć.

PK: Ważną częścią tego projektu były również twoje wykłady-performanse, podczas których prezentowałaś płytę we Lwowie, Kijowie, Dnieprze, Odessie i Charkowie (byłam obecna na jednym z takich wykładów we Lwowie). Rozumiem, że często bywasz w Ukrainie, zwłaszcza w Kijowie, ale mimo wszystko taka podróż może być postrzegana jako pewne ryzyko. Charków leży zaledwie 20 kilometrów od linii frontu, a ty byłaś już wtedy w ciąży. Czy trudno było podjąć tę decyzję? Czy towarzyszyły ci obawy? I jak ogólnie przeżyłaś tę podróż?

VV: Oczywiście, wahałam się aż do momentu, kiedy wsiadłam do pociągu. Organizowałyśmy ten wyjazd z Sashą Andrusyk i miałyśmy umowę: dzień przed podróżą sprawdzamy wiadomości i podejmujemy decyzję. I nie wiem, czy to było przeznaczenie, czy anioł stróż, a może to ZSU (przyp. redakcji ukr. Збройні сили України – Zbrojni syly Ukrainy) nasi prawdziwi aniołowie stróżowie – ale przez całą podróż było tak, że dokądkolwiek jechałam, drony i wszystkie ataki powietrzne następowały już po moim wyjeździe.

Moja decyzja była świadoma i przemyślana. Bardzo szczegółowo omawiałam ją z mężem, ale ukryliśmy ją przed jego rodziną. Dowiedzieli się, że byłam we Lwowie dopiero z Instagrama. Poza tym podróżowałam w towarzystwie – albo z mamą, albo z Katyą Sulą, producentką agencji Ucho (Ухо). Nie byłam więc sama.

PK: Jak publiczność w różnych miastach Ukrainy odbierała twój występ?

VV: Bardzo różnie. Szczególnie poruszył mnie Charków. Dobrze znam to miasto, mieszkał tam i nadal mieszka mój starszy brat z rodziną. Znałam Charków sprzed pełnoskalowej inwazji. I kiedy wysiadłam z pociągu – był to mój pierwszy pobyt po 2022 roku – chciało mi się płakać z powodu tego, jak bardzo to miasto jest poranione, niegdyś tak żywe i tętniące energią.

Oczywiście bliskość frontu sprawia, że tematy, o których mówiłam, stają się szczególnie ostre. Wydaje mi się, że Charkowianie wiedzą to najlepiej ze wszystkich Ukraińców. Czułam to, gdy mówiłam i gdy śpiewałam dla nich. Czułam to również wtedy, gdy po wykładzie, po performansie zapadła cisza. I wiesz – nikt nie klaskał. Po prostu wszyscy siedzieliśmy i patrzyliśmy na siebie w milczeniu.

Mam wrażenie, że w tej ciszy zawarło się zrozumienie sytuacji, w której się znajdują – tego bólu, ale jednocześnie odwagi, którą demonstrują od trzech lat. Dla mnie oznaczało to jedno: to ja powinnam im powiedzieć „dziękuję”. Nie oni mieli mi dziękować za to, że przyjechałam na jeden dzień i coś przeczytałam oraz zagrałam, lecz ja powinnam była powiedzieć im: „Dziękuję za to, że wciąż tu jesteście, że tworzycie, żyjecie i podtrzymujecie to miasto”.

PK: Jestem przekonana, że było to dla nich bardzo ważne.

VV: A dla mnie przede wszystkim ważne było to, by przyjechać nie tylko do Kijowa czy Lwowa, dokąd i tak często przyjeżdżam i dokąd przyjeżdża już wiele osób z Europy. Celem tej podróży było właśnie bycie w Odessie, w Dnieprze, w Charkowie.

Wiesz, nawet nie wiem, czy ta historia będzie miała ciąg dalszy. Na razie zrobiłam krótką przerwę – tego lata moja rzeczywistość była, na szczęście, zupełnie inna. Ale tuż przed naszą rozmową wysłałam płytę do Szwajcarii; chcą, by jeszcze jedno czasopismo napisało jej recenzję. Odbieram to jako znak: „OK, ktoś jeszcze interesuje się tym tematem, więc on będzie żył dalej”.

Mam już dwa zaplanowane występy na przyszły rok – to program kameralny, w całości oparty na Limbo. Ale czy będę dalej eksperymentować z muzyką i poszukiwać nowych gatunków, tego nie wiem. Jedyne medium, które postrzegam jako nie w pełni wykorzystane w kontekście syntezy z warstwą muzyczną, to malarstwo. Utrwalenie muzycznego stanu, audialnego doświadczenia (słuchania, grania i śpiewania muzyki) w malarstwie, to jedyne, co przychodzi mi obecnie do głowy jako coś, czego jeszcze nie było.

PK: Byłoby niezwykle ciekawie to kiedyś zobaczyć! Nie mogę nie zadać jeszcze jednego pytania dotyczącego Limbo. Został on napisany do tekstów w języku rosyjskim: własnych wierszy Maksyma Shalygina oraz poezji Osipa Mandelsztama. Dziś w Ukrainie używanie języka rosyjskiego budzi kontrowersje, zwłaszcza w przestrzeni publicznej. Jakie jest twoje stanowisko w tej sprawie?

VV: Świadomie nie cenzurowałam tego projektu, nagrywając go w Ukrainie. W 2022 roku doskonale rozumiałam, jakie mogą być później konsekwencje, ale prezentując ten album, otwarcie mówiłam, że zawiera on język rosyjski. Mam ku temu bardzo logiczne wytłumaczenie i nie boję się tego. Po pierwsze, właśnie po rosyjsku komunikowałam się z Maksymem. Tak, to jest to kolonialne dziedzictwo, które łączy Ukrainę i Białoruś. Poza tym dorastałam w rosyjskojęzycznej rodzinie – to fakt, którego nie ukrywam.

Po drugie, Maksym Shalygin pisał swoje wiesze mniej więcej w latach 2010–2012, kiedy opuszczał Ukrainę – wyjeżdżał na studia, a następnie na stałe do Niemiec. Oczywiście jego poczucie opuszczania przyjaciół, swojej ojczyzny, swoich korzeni (pochodzi z Dzierżyńska i również z rosyjskojęzycznego środowiska) znalazło ucieleśnienie w tym cyklu. 

W tekstach wybranych do Limbo pojawiają się Dostojewski i Mandelsztam, ale obecna jest też liryka Shalagina, gdzie zwraca się on do wyobrażonego przyjaciela. To metaforyczny zwrot ku korzeniom, ku ludziom, których się kocha, których być może opuszcza się na zawsze. W wierszu pada zdanie: „Wypuszczam cię, mój przyjacielu, w daleką podróż”. To niezwykle intymna poezja. I oczywiście w sytuacji z Maryją, kiedy nie mogę się z nią komunikować w żadnym języku, te słowa są dla mnie sposobem, by wyobrażeniowo powiedzieć jej „do widzenia” – z nadzieją, że jeszcze ją zobaczę, że jeszcze się spotkamy. Dokładnie to przekazał Shalygin dziesięć lat temu w swojej liryce. I dokładnie to ja w myślach mówię Maryi w tym projekcie.

PK: Dziękuję Ci za szczerość. Powiedz, czy ten projekt pomógł ci wyjść z własnego limbo?

VV: Absolutnie. Myślę, że w pewnym sensie był to ratunek – przede wszystkim psychologiczny. W istocie stworzyłam dla siebie przestrzeń ocalenia. I mam nadzieję, że ludzie, którzy słuchali tego koncertu i przeżywali go razem ze mną, również weszli na jakiś czas w tę metaprzestrzeń. Byli w tym wymiarze. Usłyszeli głosy tych, którzy dziś nie mogą mówić. Poczuli ten ból. Ale poczuli też nadzieję, która żyje w tym projekcie i będzie żyła dalej. Wydaje mi się, że Limbo będzie trwać tak długo, dopóki po pierwsze: nie skończy się wojna w Ukrainie, a po drugie – dopóki Maryja Kalesnikawa nie wyjdzie z więzienia. [13 grudnia 2025 roku Maria Kalesnikawa znalazła się wśród 123 więźniów i więźniarek politycznych, którzy zostali zwolnieni z więzienia – przyp. red.] 

PK: Miejmy nadzieję, że oba te wydarzenia nastąpią jak najszybciej. Zakres twojej działalności jest niezwykle szeroki. Mimo że od wielu lat mieszkasz w Niemczech, jesteś bardzo silnie związana z ukraińską kulturą muzyczną. Na szczęście często występujesz w Ukrainie i mam nadzieję, że będzie tych występów co najmniej tyle samo w przyszłości. Intensywnie współpracujesz też z ukraińskimi kompozytorami. Kogo z nich uważasz za najważniejsze głosy współczesności?

VV: Nie będę tu mówić o starszym pokoleniu, nie znam twórczości wszystkich kompozytorów i nie mogę wypowiadać się o wszystkich. Ale z Ałłą Zahajkewycz współpracuję od 2018 roku i realizowałyśmy razem wiele projektów. Oczywiście Bardzo cieszy mnie, że coraz bardziej doceniana jest twórczość Karmelli Cepkołenko; przyznana jej Narodowa Nagroda Ukrainy imienia Tarasa Szewczenki to potężny sygnał dla muzyki współczesnej, zwłaszcza fakt, że zaczyna być słyszana w Ukrainie.

Wierzę, że głos ukraińskiej muzyki współczesnej to głos młodych, którzy zaczynają burzyć mury. Widzę to i wspieram. Na przyszły rok mam zamówienia u czterech młodych ukraińskich kompozytorek: Tetiana Khoroshun, Marta Haladzhun, Alisa Kobzar i Yana Shliabanska. Widzę w nich ogromny potencjał. Moim celem jest podtrzymywanie więzi z Ukrainą i kierowanie wszystkich umiejętności oraz zasobów, które zdobywam tutaj, w Niemczech, na wspieranie współczesnej muzyki ukraińskiej.

PK: Czy twoim zdaniem współczesna muzyka ukraińska ewoluuje?

VV: Tak, i to bardzo szybko. Nie da się nawet porównać tego z sytuacją sprzed dziesięciu lat. Dziś możemy mówić o prawdziwie współczesnej, eksperymentalnej muzyce akademickiej.

PK: A czy ukraińscy wykonawcy nadążają za tym dynamicznym rozwojem języka kompozytorskiego? Współpracujesz z wieloma muzykami, w tym z pianistami, więc dobrze znasz środowisko wykonawcze. Szczególnie interesuje mnie twoja opinia na temat wykonawstwa wokalnego specjalizującego się w muzyce współczesnej, które moim zdaniem – jest znacznie słabiej reprezentowane niż instrumentalne. Czy zgadzasz się z tym?

VV: Tak, widzę to samo. Ogólnie ukraińskie wykonawstwo muzyki współczesnej rozwija się dość żywiołowo. Są młodzi muzycy, tacy jak na przykład Sashko Chorny, który organizuje różne kursy mistrzowskie i warsztaty. To wspaniała inicjatywa – na jego zaproszenie brałam udział w tych zajęciach jako mentorka. Mimo to kameralna muzyka instrumentalna jest w Ukrainie znacznie szerzej reprezentowana. Instrumentalistów, którzy choćby samodzielnie opanowali nowe techniki wykonawcze, jest zdecydowanie więcej niż wokalistów, którzy po pierwsze interesują się muzyką współczesną, a po drugie są w stanie ją wykonać.

Problem polega na tym, że w instytucjach edukacyjnych niemal nie poświęca się uwagi muzyce powstałej po 1950 roku, na przykład tej wywodzącej się z Międzynarodowych Letnich Kursów Nowej Muzyki w Darmstadcie. Tworzy to ogromną lukę w przygotowaniu ukraińskich wykonawców. W Europie Zachodniej natomiast ten repertuar jest intensywnie studiowany, co pamiętam z czasów, kiedy wykładałam współczesną muzykę wokalną w HMDK Staatliche Hochschule für Musik und Darstellende Kunst Stuttgart.

Widzę jednak, że w Ukrainie rośnie zainteresowanie współczesną muzyką wokalną. Właśnie dlatego przyjeżdżam do Ukrainy, by prowadzić kursy mistrzowskie: pojawiały się na nich dziewczyny z Odessy, Lwowa i Kijowa, które prezentowały bardzo duży potencjał.

Mam zresztą od dawna jedno marzenie: stworzyć w Ukrainie stałe klasy współczesnej wokalistyki. A przynajmniej regularne kursy i warsztaty, ale koniecznie w formie ciągłej, długofalowej.

PK: Jaką radę dałabyś młodym ukraińskim muzykom, którzy chcieliby wejść w obszar współczesnego wykonawstwa?

VV: Najważniejsze jest oczywiście otworzyć uszy i serce i nie bać się eksperymentować. Oczywiście, jeśli mówimy o głosie, to bardzo żywy, wrażliwy instrument, który łatwo można zniszczyć. Mimo to nie należy bać się eksperymentów, szczególnie jeśli ufa się swojej technice – a bez stabilnej techniki wokalnej śpiewanie muzyki współczesnej jest po prostu niemożliwe, podobnie zresztą jak muzyki klasycznej. Podstawa jest jedna. Po prostu współczesne techniki i koncepcje wymagają ogromnej wyobraźni, wytrzymałości i czasu na ich opanowanie. Ale wszystko to jest możliwe – trzeba tylko wierzyć we własne możliwości.

Najważniejsze, co widzę dziś w Ukrainie, to ciekawość tej muzyki – istnieje tu publiczność. W Europie nastąpiło już pewne „przesycenie”, działa tam bardzo wielu wykonawców muzyki współczesnej. 

PK: Ciekawe, że uprzedziłaś moje kolejne pytanie. Czy dobrze rozumiem, że to właśnie w Ukrainie odczuwasz większe zapotrzebowanie na muzykę współczesną – większe niż na Zachodzie?

VV: Powiedzmy tak: to zależy od miejsca. W Europie istnieje publiczność festiwalowa, która zjeżdża się na Donaueschinger Musiktage, Eclat, MaerzMusik i inne podobne wydarzenia, spędzając tam kilka dni. Niektórzy kompozytorzy i wykonawcy dosłownie krążą między festiwalami. Natomiast na zwykłe koncerty poza festiwalami przychodzi bardzo nieliczna publiczność – są to osoby dobrze zorientowane w tej muzyce, należące do określonej wspólnoty. Przypadkowych słuchaczy spotyka się tam bardzo rzadko.

PK: Czy w Ukrainie sytuacja wygląda inaczej niż ta, którą opisałaś?

VV: Zdecydowanie inaczej – i niezwykle mnie to cieszy. Z radością przyjeżdżam do Ukrainy, ponieważ czuję tu, że rozmawiam z ludźmi, którzy być może nie znają jeszcze muzyki współczesnej, ale są niezwykle otwarci na nowe doświadczenia i nową wiedzę.

PK: W grudniu 2023 roku w Niderlandach wspólnie z Antonim Baryszewskim zaprezentowałaś cykl wokalny Svyatoslava Lunyova Fierce January ’23. W lutym tego roku zabrzmiał on w Kijowie w twoim wykonaniu z Maksymem Shadko. Cykl powstał na twoje zamówienie – opowiedz o jego genezie.

VV: Ten metacykl, jak nazywa go Svyatoslav, został napisany na wspólne zamówienie – moje i Antoniego. Zwróciliśmy się do niego z tą ideą w drugiej połowie 2022 roku. Od razu powiedział: „Nie, nie będę tego robił, nie chcę” – i odmówił.

Oczywiście trochę się z Antonim zasmuciliśmy, ale nie nalegaliśmy. Po miesiącu albo dwóch Svyatoslav nagle przysłał nam niemal w całości gotowy cykl Fierce January ’23. W tamtym czasie, na początku 2023 roku, został sam w Kijowie. Trwały ciągłe blackouty, ostrzały, transport zatrzymywał się podczas alarmów lotniczych. I, jak sam mówi, właśnie wtedy po raz pierwszy w życiu zaczął świadomie czytać ukraińską poezję: Wasyl Stus, Wiktor Neborak, Iwan Małkowicz. Poruszyła go ona tak bardzo, że jednym tchem napisał ogromny wokalny metacykl trwający około półtorej godziny. Nigdy jeszcze nie wykonaliśmy go w całości.

PK: Do kogo Twoim zdaniem skierowany jest przekaz tego utworu: do Ukraińców czy do publiczności zachodniej? Dla kogo został napisany?

VV: Wydaje mi się, że to zwrot ku naszym korzeniom – przede wszystkim językowym – ku poezji lat 80. i 90., poezji naszego dzieciństwa i naszej tożsamości.Wykonywaliśmy fragmenty Lutego 2023 już cztery razy: premiera odbyła się w Amsterdamie, potem w Hadze, następnie w Kijowie z Maksymem Shadko, a wreszcie w marcu tego roku z Antonim Baryszewskim na klasycznym festiwalu pieśni w Würzburgu w Niemczech.

Widziałam, jak podczas wykonania tego cyklu płakali ludzie, którzy nie rozumieją języka ukraińskiego. Oczywiście udostępnialiśmy im tłumaczenia, ale jestem przekonana, że i bez nich odczuwali stany zawarte w poezji i muzyce. Wielu mówiło po koncercie, że w ogóle nie patrzyli w tekst przekładu, bo był im niepotrzebny. Zamiast niego przemawiały emocje, które łączą nas wszystkich jako ludzi – niezależnie od języka czy kraju zamieszkania. Dla mnie był to szczególny moment wspólnoty.Nas, wykonawców, postrzegam jako medium, którego zadaniem jest ucieleśnienie metafor i stanów ukraińskiej poezji oraz umożliwienie tej muzyce wędrówki w czasie i przestrzeni.

PK: Czy Svyatoslav Lunyov sam wybierał teksty do metacyklu?

VV: Tak. Prosiliśmy jedynie, by była to poezja ukraińska – poza tym nie narzucaliśmy żadnych ograniczeń.

PK: Czy wybrane teksty rzeczywiście pochodziły z twojej młodości lub dzieciństwa, czy odkryłaś je dopiero dzięki tym utworom?

VV: Odkryłam je właśnie dzięki nim. Nie wszystkie przypadły mi do gustu – i nie musi tak być. Współczesna kultura ukraińska to zróżnicowana paleta stanów, myśli i emocji. Od tego właśnie wychodzimy, wykonując ten cykl, który sam w sobie również jest bardzo wielowymiarowy.

Miniaturowe cykle składające się na ten metacykl obejmują części o bardzo różnej stylistyce. Pracując nad dramaturgią wykonania, musieliśmy zdecydować, jak je ułożyć, aby miały jak największy sens. Był to nasz własny „puzzle”, który nieustannie składaliśmy na nowo.

PK: Wśród twoich projektów wyróżniają się te o charakterze społecznym – na przykład projekt dotyczący ukraińskich uchodźców w Stuttgarcie czy projekt inkluzywny związany z zaburzeniami słuchu. Czy mogłabyś opowiedzieć o nich szerzej?

VV: Tematyką inkluzji i sztuki inkluzywnej zajmuję się już od 2021 roku. To ogromny obszar, ku któremu moja twórczość naturalnie ciąży. Zawsze interesowało mnie pytanie: jaką społeczno-polityczną odpowiedzialność niesie ze sobą sztuka współczesna? Jeśli Limbo jest projektem bardziej politycznym, to sztuka inkluzywna – i w ogóle community art – stanowi przestrzeń mojej odpowiedzialności społecznej.

Dużo działam w ramach inicjatywy InterAKT. Realizowaliśmy już muzyczno-teatralne performanse z aktorami z wadami słuchu, a w zeszłym roku prowadziliśmy serię warsztatów poświęconych sztuce inkluzywnej dla osób z dysfunkcjami wzroku. Staramy się połączyć dwa światy (niewidzący i widzący) w jedną całość, znaleźć punkty styku i zbadać, w jakim stopniu sztuka inkluzywna może: po pierwsze, angażować i wspierać osoby z niepełnosprawnością wzroku, a po drugie – motywować i inspirować artystów do poszukiwania nowych środków wyrazu.

Mam nadzieję, że wiedza i doświadczenie zdobyte w ramach InterAKT pozwolą mi zrealizować międzynarodową współpracę – z uwzględnieniem nowego kontekstu, w tym osób dotkniętych wojną. Doskonale zdaję sobie sprawę, jak bardzo jest to dziś istotne dla Ukrainy.

PK: W jaki sposób warstwa audialna projektu będzie korelować z odbiorcami z wadami słuchu?

VV: Komunikacja to jedno z kluczowych zagadnień, nad którymi obecnie pracujemy. Chodzi o stworzenie takiej przestrzeni scenicznej, w której język mówiony i język migowy mogłyby współistnieć i być zrozumiałe dla całej publiczności. Moją rolą w tym projekcie jest muzyczne ucieleśnienie idei. Przeprowadziliśmy open call i zgromadziliśmy dziesięć osób – słyszących, słabosłyszących i niesłyszących. Ten zespół nazywamy zespołem migowym lub chórem migowym. Równolegle prowadziłam szerokie badania nad tym, w jaki sposób osoby głuche mogą postrzegać muzykę oraz jak idee muzyczne można realizować poprzez gest, ruch, taniec i język migowy. To ogromny, interdyscyplinarny obszar zagadnień.

PK: Czy Twoim zdaniem nie jest to jedna z dróg rozwoju muzyki współczesnej? To przecież także forma intermedialności – poszukiwanie nowego medium zdolnego przekazywać idee muzyczne.

VV: To bardzo dobre pytanie. Z moich badań wiem, że ta tematyka już jest rozwijana. Istnieją na przykład instalacje oparte na wibracjach niskich częstotliwości, które osoby głuche mogą fizycznie odczuwać.

Kluczowe pytanie brzmi jednak: jaka jest rzeczywista wartość tego wszystkiego? Czy projekt stworzony z myślą o osobach głuchych może nieść ze sobą jakąś wartość również dla słyszącego słuchacza?

Wiem, że zajmują się tym także sami głusi artyści – na przykład artystka dźwiękowa Christine Sun Kim, mieszkająca w Berlinie. To wszystko jest niezwykle inspirujące. Uważam, że zachęca artystów do poszukiwania nowych środków wyrazu, nowych form komunikacji i nowych sposobów współistnienia dwóch światów. Przynajmniej ja tak to postrzegam.

Viktoriia Vitrenko, fot. Oliver Röckle

PK: Czyli wartość tego kierunku nie jest jeszcze do końca znana, ale jesteś przekonana, że ona istnieje?

VV: Zdecydowanie tak. Przekonaliśmy się o tym już w 2022 roku. Zrealizowaliśmy wtedy muzyczno-teatralny performans, w którym głucha aktorka grała główną rolę – była Boginią Ciszy. Ja natomiast, z głosem, niczym cień, towarzyszyłam jej na scenie i transmitowałam ją do świata dźwięku. Była to opowieść z perspektywy osoby głuchej, ukazana poprzez głos – z punktu widzenia świata słyszących.

Mogłabym bardzo długo mówić o deaf-arcie, czyli sztuce osób głuchych. Na przykład signed music, muzyka migowa – to zjawisko całkowicie odrębne i bardzo specyficzne. Często zastanawiam się, jak takie doświadczenia można realizować w realiach ukraińskich, i widzę w tym ogromny potencjał. Przede wszystkim projekty tego typu mogą pełnić funkcję terapii wspomagającej, być narzędziem integracji osób, które w wyniku wojny straciły wzrok, słuch lub doznały innych urazów. To dziś w Ukrainie niezwykle aktualne – także po to, by w społeczeństwie ukształtować akceptację tej strasznej nowej normy.

PK: I na koniec: jaka twoim zdaniem powinna być muzyka współczesna? I o czym powinna opowiadać?

VV: Nie chcę zamykać muzyki współczesnej w jakichkolwiek ramach. Widzę swoje powołanie raczej w ich burzeniu niż w tworzeniu kolejnych „szuflad”, do których wkładamy muzykę, sztukę i nas samych. To mój cel – i tym zajmuję się od wielu lat. Dlatego moja odpowiedź brzmi: może być jaka chce i o czym chce.